czwartek, 11 sierpnia 2016

Moja dieta paleo. Jak pokonałam drażliwe jelito.

Chciałabym się dzis z Wami podzielić pewnymi wspomnieniami, które ciągle sa dla mnie bolesne. Jak napisałam w Mojej Włosowej Historii, kiedyś byłam bardzo chora. Nie byłam chora na żadną śmiertelną chorobę, a jednak wtedy większość mojego życia spędzałam w szpitalach i poczekalniach. Trwało to dobre 4 lata. Wszystko na dobre zaczęło się jakieś 10 lat temu. 



Miałam wtedy jakieś 20 kilka lat, intensywnie trenowałam (taniec), studiowałam oraz próbowałam wiązać koniec z końcem w Polsce. Prowadziłam przerażający tryb zycia: 5 rano pociąg i autobus (1,5h) i na uniwersytet, o 16.00 z powrotem tę samą drogą. W domu szybkie jedzenie i 18.00 do 21.00 trening, czasem jeszcze próba do 23.00. Rano znów na uniwersytet. W weekendy praca. Albo w środku tygodnia praca. Praca (fizyczna.. uczenie tańca) w wakacje. Itd. 
Tak to się wszystko zaczęło. Chorowałam, o dziwo, tylko czasami, zwykle na jakieś infekcje płuc, potem na astmę i na zapalenia pęcherza. Jadłam strasznie, zwykle same węglowodany, bo były tanie. Makaron, chleb, trochę jakiegoś taniego sera. Sezonowo, bardzo czasami, jakieś owoce (truskawki, czereśnie, pomidory). Piłam litry wody. I tak sobie żyłam. Chodziłam do toalety kilka razy w miesiącu, nie pamiętam posiedzenia, który nie wywołało we mnie łez bólu. Bolało, ale myślałam, o zgrozo, że to normalne. 




Jazda na dobre zaczęła się kilka lat później. Nieleczona astma, ciągłe zapalenia pęcherza i infekcje płuc i zatok doprowadziły moje ciało na skraj wytrzymałości. Mieszkałam już wtedy w UK. Badali mnie i badali i ładowali jeden antybiotyk za drugim. Dali inhalatory na astmę, przynajmniej to troszke się poprawiło. Pomiędzy pracą a przychodniami i kilkoma szpitalnymi wpadkami (wycieńczenie, odwodnienie organizmu, kroplówki, badania pęcherza, wziernikowanie, gastroskopia, kolonoskopia, usg, mri, itd itd). W końcu wycięto mi kawałek jelita grubego. Mam 175.5cm wzrostu. Wtedy ważyłam 49kg. Brałam leki przeczyszczające na zmiane z tymi na biegunkę. Antyhistaminy na alergię, inhalatory na astme. Sterydy.  Antybiotyki wszystkie możliwe. Antydepresanty. Leki na sen. Pigułka na wszystko.





Po operacji zaczęła się jazda bez trzymanki. Przepisano mi mocniejsze leki przeczyszczające. Zdiagnozowano mnie z jelitem drażliwym. Przemądrzali GP kazali jeść błonnik (pełnoziarniste pieczywo, płatki śniadaniowe itd). Niestety zastosowałam się, i oprócz zatwardzenia, doszły jeszcze wymioty, gazy, ból brzucha, mocniejsze i ciągłe infekcje zatok, oskrzeli i płuc. I zapalenie pęcherza non-stop! Kończyłam jeden antybiotyk i zaczynałam następny. Nawet nie chce mi się opisywać, jak czułam się psychicznie. Deprecha. Ot co. Jadłam trochę ryb, dużo pieczywa, makaronów, ryżu, jogurtów. Bywało, że nie mogłam pójść do toalety i miesiąc. Wtedy zrozumiałam, że coś jest tu bardzo nie halo. Przecież ja nie moge tak żyć! Miało byc lepiej a jest źle i gorzej.

 


Zaczęłam czytać w necie o ludziach, którym lekarze wmawiają, że mają "drażliwe jelito".  Powoli, powoli otwierały mi się oczy. Udało się. Teraz jestem zdrowa. Jak to zrobiłam poniżej. Mam nadzieje, że może komuś pomoże.



1) Prowadzilam dziennik. Na telefonie zainstalowałam sobie appsa. Jeden z tych Trackerów symptomów.  Mozolnie, każdego dnia wklepywałam w to badziewie, co zjadłam i jak się czuję. Po dwóch miesiącach przyszło oświecenie: najgorzej jest po pieczywie i po przetworach mlecznych. Zaczęłam czytać.




2) Trafiłam na stronę Mark's Daily Apple. Kupiłam książkę "Primal blueprint".  Czytałam i czytałam i w międzyczasie trackowałam na telefonie wszystko, co jadłam pod względem symptomów. Wszystko zaczęło składać się do kupy. Mark twierdzi, że człowiek nie jest przystosowany do jedzenia zborza. Może je jeść, i owszem, i przeżyje... tylko jego ciało będzie się rozpadać. Według Marka, człowiek powinien większość kalorii pobierać z protein i tłuszczy. Szczególnie taki jak ja, wiecznie na nogach, codziennie wykonujący serie raptownych wysiłków fizycznych. 

To był dla mnie strzał w pysk, bo jestem pseudo-wegetarianka (jem tylko ryby i owoce morza) od kiedy skończyłam 13 lat a proteiny, wiadomo, mięcho. Ale szybko się ogarnęłam. Mogę i chcę jeść ryby, uwielbiam ryby. Mark chwali ryby. Nie będę za to jadła soji i fasolek. Nie znoszę. Po przeryciu tony artykułów plus forum na stronie, znalazłam sobie złoty środek. 




3) Ketoza. Na dwa tygodnie. Wywalić węglowodany. Stan ketozy resetuje organizm i dla mnie był wybawieniem. No więc wszystko mamy TU  i tu o ketozie  Dla mnie to wszystko było bardzo trudne. Nigdy w życiu nie byłam na diecie, nie wiedziałam jak liczyć kalorie. Nie znałam wartości odzywczych produktów. Nie miałam odpowiednich produktów.

Przede wszystkim olejów. Używałam rzepakowego!!! Skończyło się zakupami. Oleje: kokosowy, oliwa, masło (ghee robię sama), orzechowe, sezamowy. Raz na zawsze pozbyłam sie trans-fatów.
Potem doszły produkty z mała zawartością węglowodanów a dużą zawartością kalorii: awokado, orzechy, zielone różne rzeczy (ale trzeba uważać, brokuł na przykład ma trochę tych karbsów), ryba (z pomocą przyszły puszki rybne- tanie i dobra jakość, szybkie do przyrządzenia), jajka, miód, czekolada, naturalne kiszonki.  

Tak ciągnęłam przez dwa tygodnie, prawie bez węglowodanów. Pomocny był następny tracker na telefonie, który mam do dziś: MyFitnessPal. Przy okazji ketozy wywaliłam też błonnik, jak to sobie łatwo wyobrazić.  
Było mi ciężko, bo mimo, że udało mi się już wtedy przybrać trochę na wadze, okazało się, że w mojej kochanej (hehe) pracy spalam minimum 2500 kcal. To był dla mnie szok, mimo, ze jak mówię, niewiele wiedziałam o kaloriach. Ale słyszy sie te 2000 kcal dziennie czy jakos tam, słynne diety cud. No więc, wiedząc, że muszę w siebie wpakować minimum 2500 kcal dziennie, założyłam sobie, że na śniadanie musi byc minimum 800kcal.

Tu mi też z pomocą przyszedł Mark i jego słynne "Big Ass Salad". Do dziś uwielbiam na śniadanie. Przepis: duża miska a w misce wszystko, co masz w lodówce a co nie zawiera węglowodanów, podlane pysznym olejem do niemożliwości i z dosypka orzechów, gotowanego jajka, może być rybka z puszki. Miałam zjazdy insulinowe, przy których ratowałam się czekoladą. Ale czułam się genialnie. Miałam tyle energii ze czasem myślałam, że oszaleję. Brzydki oddech u mnie nie wystąpił.




4) Po ketozie wprowadziłam do diety węglowodany w ograniczonej ilości. Dziś węglowodany czerpie przede wszystkim z: ziemniaków, quinoa, warzyw, chia, słodkich ziemniaków. Bardzo rzadko pozwalam sobie na makaron i inne kluchy (ostatnio pierogi.. i nic mi nie bylo!!!). Nie jem chleba. Po prostu nie. Nienawidzę się gazować, nawet od święta. Czasem zjem jakąś pite albo inne płaskie pieczywo. Czasem kawałek ciasta. One tak strasznie mojego brzucha nie meczą. Po odstawieniu ziarna okazało się, że nabiał mi już nie szkodzi. Surowe mleko nadal mi nie służy, ale jem wszystkie mleczne przetwory dobrej jakości. I jest git.  150 gram węglowodanów dziennie. Staram się nie przekraczać ale różnie bywa, bo potrafie wtrąbić ze 4 banany dziennie, jak mam akurat na nie jazdę.  I jest dobrze.

Przeszłam przez testowanie produktów tzw. bezglutenowych. Chleba, makaronów, mąki... by dojść do wniosku, ze ich nie potrzebuje. Nauczyłam się jeść bez mąki. Nie podoba mi się moda na te bezglutenowe, napakowane chemią rzaczy o potwornych cenach. One nie sa nikomu do niczego potrzebne. Mąki po prostu można nie jeść. Taniej, zdrowiej i nie nabijając kieszeni koncernom, promującym kretyńskie mody żywieniowe. Wyglądało to trochę, jak z odstawianiem mięsa. Nie jadam sojowych produktów ani żadnych produktów, które imitują mięso. To by było dla mnie dziwne po prostu...

Doceniłam też to, że mieszkam na wsi. Kupuje jajka kurze i kacze prosto od kurek i kaczek, jeszcze brudne i super świerze. Miodek mam od nastepnej koleżanki, która pakuje mi go z ula i miodarki prosto do słoika. Mam nieprzetworzny, niepasteryzowany i żywy miodek. Warzywa i owoce też od sąsiadów. Zamierzam szukać dalej. Teraz jestem w trakcie poszukiwania żywego mleka, niepasteryzowanego (nielegalnego w UK). Zrobię sobie serki. Mniam! Chcę wspierać domowe produkcje, a nie koncerny. I nie, nie boje sie bakterii. Wychowałam się razem z kurami, psami, rybami, zapchlonymi jeżami i zdechłymi myszami. Nie uważam, żeby to było niebezpieczne. Niebezpieczna jest chemia w jedzeniu.



5) Instynkt. Zawsze uważałam, że człowiek posiada instynkt, który dokładnie nam komunikuje co i kiedy i ile powinniśmy zjeść. Instynkt głupieje przy zapychaniu się przetworzonym jedzeniem... ale można go odzyskać. Trzeba tylko słuchać siebie i odpowiadać na swoje "zachciewajki". Kobiety w ciąży mają to naturalnie, ciało walczy o dziecko. Wystarczy po prostu słuchać. Im częściej słuchamy "zachciewajek" tym mądrzejsze się one stają. Warto otaczać się dobrymi produktami, wtedy instynkt nam podpowie, czego akurat mamy w ciele za mało.

To uczucie, że "już dość" w trakcie posiłku. Nie wolno go ignorować... bo zniknie. A to już prosta droga do otyłości. To, co mówi nam ciało, jest jednym z najważniejszych czynników, by zachować zdrowie. Niestety, my ciagle to ignorujemy, od dziecka... więc biedne ciało przestaje mówić a zamiast tego przechodzi w "survival mode", tryb nastawiony na przeżycie w trudnych warunkach. W dzisiejszym świecie jedzenie jest dość łatwo dostępne, ten tryb nie jest nam już wcale potrzebny. A już na pewno nie na całe życie.

Diety. To jest właśnie to, co ruinuje nam instynkt. Ktoś każe nam jeść coś tam w jakiejś tam ilości o jakiejś tam porze. Przecież to jest molestowanie samego siebie! Ciało wie, co i ile jeść. I każde ciało jest inne, nie można żądać by milion osób nagle jadło to samo.  Myślę, że jesli już chce się chudnąć, a wie się, ze już nie ma się instynktu... trzebaby było wybrać się do dobrego dietetyka. Takiego, który wszystko dopasuje właśnie do nas...a nie do nas i setki gwiazd popkultury i Kim Kardashian. Nie wiem nawet, czy tacy dietetycy istnieją... Zresztą, w chudnięciu to raczej tryb zycia ma znaczenie. Człowiek i jego ciało nie jest przystosowany do przesiadywania na kanapach i przed komputerem.

Nie ma tez powodu, by praktykować diete zborzową. W cenie bochenka chleba albo paczki makaronu kupimy dobrą garść warzyw i owoców.


 ***

Jakie są efekty po 4 latach? Jestem absolutnie zdrowa. Chodzę do toalety codziennie i od dawna nie zdażylo mi się tam płakać z bólu. Mam silne ciało, które łatwo generuje mięśnie i jest zadowolone, gdy proszę je, by zrobiło jakiś wysiłek. Straszne samopuczucie znikneło, zwykle jestem zadowolona i mało co mnie stresuje. Przez ostatni rok chora byłam tylko raz i na zwyczajne przeziębienie. Z którego wyszłam bez antybiotyku. Waga utrzymuje się na poziomie 65kg bez wysiłku z mojej strony. Nie liczę już kalorii, nie czuje potrzeby. Śniadanie bez chleba już mnie nie przeraża. Obiad na śniadanie też nie. Jem ile chcę i kiedy chcę. Czasem pozwalam sobie na coś zbożowego i nie umieram od tego. 





Piszę to z przeświadczeniem dość glebokim, że NIE ISTNIEJE taka choroba jak "drażliwe jelito". Diagnozują to teraz u co drugiej osoby z problemamy z brzuchem. Wór, do którego można upchnąć wszystko, czego nie umie się wyleczyć.

Nie twierdzę, że brzuch nie reaguje na stres. Reaguje. I to jest naturalny, zdrowy objaw. Natura tak nas zaprojektowała. Ale jeśli tez stan trwa i trwa... to nie znaczy, że chorujemy na jakąś niewyjaśnioną jednostkę chorobową pod tytułem " drażliwe jelito".

To po prostu znaczy, że źle się odzywiamy. Za dużo ziarna, chemii, świństw, które nigdy nie powinny były sie w brzuchu znaleźć. Myślę, że branie środków przeczyszczających na zmianę z braniem tych, które hamują biegunkę może prowadzić do strasznych rzeczy w przyszłości. Nie bierzmy wszystkiego, co nam wciskają lekarze jako pewnika.  Obawiam się, że gdybym sama się za to wszystko nie zabrała, dziś by mnie z wami nie było. Bo ile lat mozna ciągnąć na antybiotykach?

Zdaję sobie sprawę, że to wszystko brzmi dość dziwacznie i moje rady w stylu "nie sluchaj lekarzy" mogę niektórych do mnie zrazić. W porządku. Rozumiem. 
Jedyne, na czym mi zależy, to zasiania ziarenka wątpliwości. Mi takie ziarenko nie zostało dane na czas by tego piekła uniknąć.
Czekam na krytkę i Wasze przemyślenia.




2 komentarze:

  1. To super, że sobie poradziłaś, przeszłaś piekło i należało Ci się aby dojść w końcu do porozumienia ze swoimi jelitami, bo wnioskuję, że wyzdrowienie jelit dało ci pozbycie się całej reszty dolegliwości.
    Ja nie mogę sobie poradzić, sama dieta nie daje tego czego od niej oczekuje.
    Pomimo wyrzucenia z menu zbóż glutenowych, nabiału, skrobi i cukru rafinowanego nadal miewam biegunki, zaparcia, przelewania i wzdęcia.
    Żaden lekarza ani dietetyk nie chce poświęcić mi czasu i spróbować dociec co robię nie tak, w związku z tym zakupiłam i zaczęłam czytać książkę pani Bednarczyk - Witoszek "Dieta dobrych produktów", liczę na to, że rady pani doktor w końcu rozjaśnią moją sytuację i dojdę do porozumienia z moimi jelitami i złym samopoczuciem.
    Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów zarówno zawodowych jak i dietetycznych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzeno, bardzo dziekuje za komentarz. Ksiáka wydaje sie interesujaca, musze poczyta. Z tego co odkryam na sobie, mysle ze kazdy organizm jest inny i kazdy potrzebuje diety przystosowanej indywidualnie do niego. Niestety nie ma zadnych pewnikow i zadnych regul... dlatego tak wazne bylo dla mnie prowadzenie dziennika. Nie znam lepszego sposobu, by odkryc, co brzucholowi sluzy a co nie. Pozdrawiam i zycze sukcesow.

      Usuń

Dziekuje!